Niedawno przedstawiłem serię recenzji produktów kieleckiej Kosa Chilli Sos. Miała dobiec końca. Ale zakupiłem co nieco ostrej żywności na Allegro. Pozostaje zatem... kontynuować.
Niedawno przedstawiłem serię recenzji produktów kieleckiej Kosa Chilli Sos. Miała dobiec końca. Ale zakupiłem co nieco ostrej żywności na Allegro. Pozostaje zatem... kontynuować.
Niniejszy, setny wpis na "Ostrym blogu" nie tylko przekręci licznik, lecz zakończy ostatnią serię recenzji produktów Kosa Chili Sos. Tym razem na warsztat idą marynowane papryczki-superhoty (czerwone, żółte i zielone).
Zdaje się, że nieubłaganie zbliża się do końca najnowsza seria recenzji różnorodnych produktów od Kosa Chilli Sos. W większości cechuje je bardzo wysoka, jeśli nie ekstremalna ostrość i dość prosta czy co najwyżej umiarkowanie złożona receptura.
Całkiem niedawno recenzowałem musztardę miodową od kieleckiej Kosa Chilli Sos. Kolejna – musztarda konopna – zrobiła na mnie równie dobre wrażenie, i to też od pierwszego momentu. Przekonałem się również, że nie bez powodu przedstawiano mi ją jako najostrzejszą musztardę od Kosy.
To po prostu haniebne, że przez z górą trzy lata funkcjonowania niniejszego bloga nie pojawiła się tu recenzja niniejszego sosu. A zatem... czas nadrobić tę horrendalną zaległość.
Już ponad półtora roku temu recenzowałem bazową wersję sztandarowego sosu kieleckiej Kosy (wraz z dostępnymi wówczas wariantami smakowymi – wyróżniłem ten z maliną...) Stwierdziłem, że gdyby można było powiedzieć prostacki w dobrym tego słowa znaczeniu, to oddawałoby to walory omawianego produktu – Kosa Chilli Sos nie grzeszy wyrafinowaniem, ale to żaden zarzut. Oczekiwać od nich tego – to jak oczekiwać od muzyków The Exploited, że zaczną grać hiperwyrafinowanego rocka progresywnego, pisałem wówczas.
Musztardy Roleskiego są dobre i bardzo dobre. Za wybitną dotąd uznałem musztardę Kozaka. Ale Roleski to jedna z nielicznych w Polsce firm, które zaczęły – i to już od pewnego czasu – próbować sił z produktami rzeczywiście, a nie tylko z nazwy ostrymi. Trójpak sosów ostrych (Habanero, Bhut Jolokia, Carolina Reaper) nader pozytywnie zaskoczył mnie już rok temu – mimo to obawiałem się, co się w rzeczywistości kryje za hałasem, jaki w ostrożerczym światku wywołała musztarda Trinidad Scorpion.
Taki już ze mnie zły i wredny człowiek, że miałbym wielką ochotę rozkoszować się niskim uczuciem schadenfreude, jeżdżąc po którymś z polskich małych producentów sosów ostrych jak po łysej kobyle i nie pozostawiając na jego produkcie suchej nitki. Ależ miałbym radochę. Problem w tym, że jej nie mam. Cały czas trafiam na produkcje co najmniej dobre, i wciąż nie mam okazji, aby się wyszaleć.
Ledwo otworzyłem tę niedużą buteleczkę ze 120-gramową zawartością, a zachwycił mnie zapach kiszonki. Jednocześnie nieomylnie wyczułem, że mam do czynienia z czymś ostrym. I do tego owocowe tło – wszak, poza obłędną dozą habanero, której jadalną częścią też jest przecież owoc i nic innego, w składzie znajdujemy limonkę i banana. Aż tyle podpowiada sam węch. Ogromnie zachęcając do spróbowania.
Kto regularnie czytuje Ostrego Bloga, zapewne zna już recenzje "Sosu Późnego Lata", "Jesiennych Wspomnień" i "Czekorzeczki", a zatem sosów oferowanych przez zachodniopomorski PanDemonic. Wszystkie zebrały u mnie pochwały. Jednak oscylują przy tym w rejestrach od "lajcików" po sosy średnio ostre, czas zatem przenieść się w nieco inne rejony.