Jedna z sześciu odmian papryk (na dziesięć ogółem), jakie w ubiegłym roku wydały choćby symboliczny plon na moim parapecie, miała być właśnie tą, na którą oczekiwałem szczególnie. Cieszyłem się ze sporej czy przynajmniej przyzwoitej jak na spartańskie warunki plenności – 20 owoców. Czekałem, aż się wybarwią na czekoladowo, jak przystało przecież na Black Stinger. Gdy były jeszcze zielone, tak je nawet przedstawiałem na blogu.